Trochę poezji z 24. Konkursu Poetyckiego im. J. Kulki

Foto nr 2457
Fotogaleria
Zapraszamy do lektury tomiku. Znalazły się w nim nagrodzone wiersze laureatów 24. edycji Konkursu Poetyckiego im. Jana Kulki, którym serdecznie gratulujemy !

ALICJA LASZKIWICZ / I NAGRODA ZAKŁADÓW SPOŻYWCZYCH BONA W ŁOMŻY

Pyłtologia

najpierw nie było początku
było unoszenie

cząstki w stanie wahania
świat jeszcze bez decyzji

pszczoły weszły w materię
i nauczyły ją kierunku

skrzydło stało się czasem
ciało stało się temperaturą

z drżenia powstała wspólnota
z ciepła powstało trwanie

ul nie jest miejscem
jest skupieniem sensu

wosk pamięta ogień gwiazd
choć rodzi się w ciszy odwłoka

robotnice przesuwają istnienie
o szerokość pyłku

matka rozsiewa przyszłość
ciemną i mleczną

człowiek przychodzi po miód
z językiem pełnym imion

odchodzi bez jednego z nich

bo dowiaduje się nagle
że życie nie należy do właściciela

życie należy do krążenia


skrzydłowanie

pszczoła nie przemieszcza się
ona uruchamia powietrze

skrzydła wypowiadają kierunek
światło zostaje w nim na zawsze

zabiera rzeczy z ich najcieńszej jawy
z trawnego nerwu
z ciepłopęknięcia kwiatu

ul nie istnieje
ul się spełnia

komórka zapala komórkę

tam gdzie kończy się samotność materii
rozrasta się miodowspól

noc przychodzi do złota
sprawdza jego czuwanie

czy jeszcze krąży w sensie
czy już opada w milczenie

świt rozsuwa skrzydłobramę

i nagle
istnienie nabiera lotności


EWA FRĄCZEK / II NAGRODA TOWARZYSTWA PRZYJACIÓŁ ZIEMI ŁOMŻYŃSKIEJ

budda siedzi a wariatka, a wariatka 
jeszcze tańczy 

bo może cały wiedeń miał rację, gdy widział 
w tobie zwierzę, okaz. czy nie możesz 
tak po prostu drgających palców 
ułożyć w łódeczkę – ciepłą szufelkę 
do zebrania złotych, mieniących się myśli?

popatrz, już nurzają się w wilgoci różowego 
mózgu. palec wskazujący celuje w przeszłość, 
lepką pajęczynę ograniczeń, biologicznego strachu
prababki, która nie doczekała się aż ten wróci 
wreszcie z cholernej wojny, napełni wiadro, 
wejdzie w nią, od tyłu, milcząco, bo po
co tyle gadać, po co, archetypiczna histerio. 

tylko że było zupełnie inaczej: mały neuron 
nawinięty na palec serdeczny, obrączka 
gniecie w korę czołową, rozświetlone złotem
myśli wciąż mienią się, krzyczą. zdziera głos 
plejada sztucznych konstruktów, krytyk
czy wewnętrzne dziecko – ach, palec 
wskazujący mu w oko (oj, bardzo
przepraszam, niechcący). 

ssą twój kciuk pożądliwie, trochę obleśnie
wyobrażenia o mrokach 
z paszczy przyszłości.

(budda uśmiecha się, poprawia brzuch, 
jednak wiedeń się mylił, a wariatka,
ta wariatka tylko tańczy)


czas idealny: między ostatnim grobem 
listopada a wczesnowiosennym 
ukrzyżowaniem 

gumowa wilgoć miesięcy, 
lampa na podczerwień, skostniałe
stawy, oto za chwilę znowu 
urodzi się bóg – 

bo w coś przecież trzeba uwierzyć,
biedny, wychujany józefie. 

(zawsze mogło być gorzej,
słuchaj tego: odkąd zobaczyłam przypadkiem 
zdjęcie miasta norylsk, zrozumiałam,
że pomylił się każdy prorok zwiastujący
życie, zwiastujący dzień. 

odkąd zobaczyłam przypadkiem
zdjęcie miasta norylsk, przyjęłam, 
że ludzie czasem zabijają 
dla przyjemności)

pokochaj, jak swoje, józefie. 
co roku będzie przecież to samo, 
może i krótkie dni, krótki oddech 
strachu o bliskich, ponura twarz
pustyni lepsza niż syberii, niż drony azji 
tuchajbejowicza, dywersje. 

epoka jak epoka, skomentujesz
po swojemu, a ja się zgodzę 

i dodam: czy nie lepiej czekać na ten
wątpliwy cud życia o pomarszczonej twarzy 
(ryki na sianku, śluz, smród dziecięcego moczu,
ale i światełka, pastuszkowie, kokardki,
wzruszające reklamy kawy) niż na oszustwo 
wiosny – kiedy powoli zbierają się żydzi i rzymianie
z miasta norylsk, zbijają deski na krzyż,
mierzą długość gwoździ? 


MAŁGORZATA KOTŁOWSKA / III NAGRODA MIEJSKIEJ BIBLIOTEKI PUBLICZNEJ W ŁOMŻY

Joga

Dziewczyna na wprost zastyga
w wypracowanej pozycji gołębia;
na jej twarzy tężeje błogość

i dostrzegam swoją, lipiec 90-tego,
na kamiennych schodach do sieni,
mimo ryzyka, że dostanę wilka,

wysiaduję z kurą na kolanach,
ciepłą, lekką, wibrującą 
od wewnątrz.

Nigdy nie  o s i ą g n ę
spokoju, który mnie teraz  o g a r n i a.


Na niedzielę                

Najpierw było niepatrzenie
i tylko z podwórza
nagły tumult ostry krzyk 
ciężki oddech 
człowieka

Potem niesłuchanie
chrzęstu chlupotu
wyrywanych wnętrzności
niewąchanie
kiedy po oskubaniu
płonął denaturat

Wreszcie niejedzenie
zwlekanie
mimo ponagleń
mozolne łączenie
wielu oczek w jedno
tłuste oko

w którym wszystko widać 
klarownie


ALICJA LASZKIEWICZ / NAGRODA ZA WIERSZ O TEMATYCE ŁOMŻYŃSKIEJ PREZYDENTA ŁOMŻY

narwiobrzęk

Łomża nie zaczyna się od rynku
zaczyna się od wilgoci

tej która wchodzi w buty
i zostaje na lata

Narew rozpisuje tu świat na zakola
uczy ludzi powracania

pszczoły przelatują nad doliną
w trybie złotodrżenia

zbierają z traw drobiny czasu
jeszcze niesfermentowanego

lipy mówią językiem powolnym
pełnym cieniomiodu

a browar nocą oddycha parą
która pamięta dawne gardła

miasto ulowi się w sobie
komórka po komórce

z cegieł
z dzwonogłosu
z jarmarcznego pyłu

kto tu przyjeżdża
ten zostaje nadpisany

przez narwiopamięć

i już zawsze nosi w krwi
ciche brzęczenie pogranicza

 

WIKTORIA KAROLINA PIEŃKOWSKA / NAGRODA ZA WIERSZ W KATEGORII MŁODY POETA DYREKTORA MDK-DŚT

gRow low

wielka bulwna twarz się we mnie wgapia
sączy tłuszcz z polików
prawolewych 
wiercą w lustrze nawskroś mokłe dziury

już sadzawka napełniona
ckliwym głosem
co w wargi się sucho wtapia i 

kruszy tkanki po kolei
one puchną pięknie
krwiście sczerwieniałe

podlewają rżnięte gardło
płynąc szlachtnym ciałem
aż trafiają w ręce
w gębę wryte


TATIANA JUDYCKA / WYRÓŻNIENIE DRUKIEM

Ghosting

Przedawkowałam ciszę i mdli mnie jakbym miała rodzić,
a przecież jest na odwrót, każda minuta jak chirurgiczna igła 
wbita w serce, tylko nie patrz proszę jak brzydnę w oczach 
od łuszczących się, krwawiących godzin, jestem bardzo stara,
potłukłam szklanki, okna, lustra, wszystko, co mogłoby odbijać

twoją nieobecność zamienioną w strup, to serce, to znowu ono 
jak pusty konfesjonał, w którym samo czekanie jest grzechem 
ciężkim, a co dopiero miłość, wciśnięta do reklamówki jak kot,
śmiertelny grzech, którego nie odkupię byle jaką rozkoszą,
tanią rozpaczą, ani w inny sposób, więc nie warto o tym myśleć,

ale ja myślę na okrągło, ćwicząc nudny zen, liczę sekundy 
i łzy, miękkie przepaście, w które wpadamy gdy inni nie widzą, 
wdech, wydech, jakbym wyznaczała datę wczesnej śmierci,
jasnej jak polarne niebo, rączkę dzieciątka trzymam w ustach
jak knebel, kolejny raz liczę struny i alikwoty twojego milczenia,

każda chwila rozciągnięta, choć w innym balecie, salto bez słów 
i półsłówek, chore nerwy i mantry w różańcach z trupich główek,
tylko nie pomyśl o mnie źle, to się dzieje samo, jak we śnie,
mogę tylko odbijać na kalce dziecinne sylaby, głuche i nieme 
jak subdominanta w triadzie ciszy, wiesz przecież co to jest tacet, 

zwodnicze rozwiązanie, kadencja niedoskonała, zawieszenie i dyndanie 
na sznurze z pięciolini, dodekafoniczny trans ultradźwięków, bez halucynacji, 
mam to wypisane na twarzy jakbym była ikoną zapomnianych mistrzów,
tylko czemu mnie nie widzisz, czemu nie patrzysz jak zmieniam się w popiół,
oduczam się bycia ogniem i skoków na bandżi, paplania o jednej jedynej iluzji,
 
skoro i tak jesteśmy zawsze przeciągłym wołaniem lub blizną ciszy na końcu 
języka, bo właśnie teraz muszę cię zapomnieć, jakbym ściągała z powiek sen, 
a nie tatuaż, trzymam na smyczy serce jak gwiazdę polarną, tak się nażarłam, 
że już nie pasuję do siebie, ciebie, do nikogo, a kiedy twoja dłoń puszcza pąki, 
moja dokańcza płacz i chce cię zranić, rozebrać z sepii, zmusić do rozłąki.