ALICJA LASZKIWICZ / I NAGRODA ZAKŁADÓW SPOŻYWCZYCH BONA W ŁOMŻY
Pyłtologia
najpierw nie było początku
było unoszenie
cząstki w stanie wahania
świat jeszcze bez decyzji
pszczoły weszły w materię
i nauczyły ją kierunku
skrzydło stało się czasem
ciało stało się temperaturą
z drżenia powstała wspólnota
z ciepła powstało trwanie
ul nie jest miejscem
jest skupieniem sensu
wosk pamięta ogień gwiazd
choć rodzi się w ciszy odwłoka
robotnice przesuwają istnienie
o szerokość pyłku
matka rozsiewa przyszłość
ciemną i mleczną
człowiek przychodzi po miód
z językiem pełnym imion
odchodzi bez jednego z nich
bo dowiaduje się nagle
że życie nie należy do właściciela
życie należy do krążenia
skrzydłowanie
pszczoła nie przemieszcza się
ona uruchamia powietrze
skrzydła wypowiadają kierunek
światło zostaje w nim na zawsze
zabiera rzeczy z ich najcieńszej jawy
z trawnego nerwu
z ciepłopęknięcia kwiatu
ul nie istnieje
ul się spełnia
komórka zapala komórkę
tam gdzie kończy się samotność materii
rozrasta się miodowspól
noc przychodzi do złota
sprawdza jego czuwanie
czy jeszcze krąży w sensie
czy już opada w milczenie
świt rozsuwa skrzydłobramę
i nagle
istnienie nabiera lotności
EWA FRĄCZEK / II NAGRODA TOWARZYSTWA PRZYJACIÓŁ ZIEMI ŁOMŻYŃSKIEJ
budda siedzi a wariatka, a wariatka
jeszcze tańczy
bo może cały wiedeń miał rację, gdy widział
w tobie zwierzę, okaz. czy nie możesz
tak po prostu drgających palców
ułożyć w łódeczkę – ciepłą szufelkę
do zebrania złotych, mieniących się myśli?
popatrz, już nurzają się w wilgoci różowego
mózgu. palec wskazujący celuje w przeszłość,
lepką pajęczynę ograniczeń, biologicznego strachu
prababki, która nie doczekała się aż ten wróci
wreszcie z cholernej wojny, napełni wiadro,
wejdzie w nią, od tyłu, milcząco, bo po
co tyle gadać, po co, archetypiczna histerio.
tylko że było zupełnie inaczej: mały neuron
nawinięty na palec serdeczny, obrączka
gniecie w korę czołową, rozświetlone złotem
myśli wciąż mienią się, krzyczą. zdziera głos
plejada sztucznych konstruktów, krytyk
czy wewnętrzne dziecko – ach, palec
wskazujący mu w oko (oj, bardzo
przepraszam, niechcący).
ssą twój kciuk pożądliwie, trochę obleśnie
wyobrażenia o mrokach
z paszczy przyszłości.
(budda uśmiecha się, poprawia brzuch,
jednak wiedeń się mylił, a wariatka,
ta wariatka tylko tańczy)
czas idealny: między ostatnim grobem
listopada a wczesnowiosennym
ukrzyżowaniem
gumowa wilgoć miesięcy,
lampa na podczerwień, skostniałe
stawy, oto za chwilę znowu
urodzi się bóg –
bo w coś przecież trzeba uwierzyć,
biedny, wychujany józefie.
(zawsze mogło być gorzej,
słuchaj tego: odkąd zobaczyłam przypadkiem
zdjęcie miasta norylsk, zrozumiałam,
że pomylił się każdy prorok zwiastujący
życie, zwiastujący dzień.
odkąd zobaczyłam przypadkiem
zdjęcie miasta norylsk, przyjęłam,
że ludzie czasem zabijają
dla przyjemności)
pokochaj, jak swoje, józefie.
co roku będzie przecież to samo,
może i krótkie dni, krótki oddech
strachu o bliskich, ponura twarz
pustyni lepsza niż syberii, niż drony azji
tuchajbejowicza, dywersje.
epoka jak epoka, skomentujesz
po swojemu, a ja się zgodzę
i dodam: czy nie lepiej czekać na ten
wątpliwy cud życia o pomarszczonej twarzy
(ryki na sianku, śluz, smród dziecięcego moczu,
ale i światełka, pastuszkowie, kokardki,
wzruszające reklamy kawy) niż na oszustwo
wiosny – kiedy powoli zbierają się żydzi i rzymianie
z miasta norylsk, zbijają deski na krzyż,
mierzą długość gwoździ?
MAŁGORZATA KOTŁOWSKA / III NAGRODA MIEJSKIEJ BIBLIOTEKI PUBLICZNEJ W ŁOMŻY
Joga
Dziewczyna na wprost zastyga
w wypracowanej pozycji gołębia;
na jej twarzy tężeje błogość
i dostrzegam swoją, lipiec 90-tego,
na kamiennych schodach do sieni,
mimo ryzyka, że dostanę wilka,
wysiaduję z kurą na kolanach,
ciepłą, lekką, wibrującą
od wewnątrz.
Nigdy nie o s i ą g n ę
spokoju, który mnie teraz o g a r n i a.
Na niedzielę
Najpierw było niepatrzenie
i tylko z podwórza
nagły tumult ostry krzyk
ciężki oddech
człowieka
Potem niesłuchanie
chrzęstu chlupotu
wyrywanych wnętrzności
niewąchanie
kiedy po oskubaniu
płonął denaturat
Wreszcie niejedzenie
zwlekanie
mimo ponagleń
mozolne łączenie
wielu oczek w jedno
tłuste oko
w którym wszystko widać
klarownie
ALICJA LASZKIEWICZ / NAGRODA ZA WIERSZ O TEMATYCE ŁOMŻYŃSKIEJ PREZYDENTA ŁOMŻY
narwiobrzęk
Łomża nie zaczyna się od rynku
zaczyna się od wilgoci
tej która wchodzi w buty
i zostaje na lata
Narew rozpisuje tu świat na zakola
uczy ludzi powracania
pszczoły przelatują nad doliną
w trybie złotodrżenia
zbierają z traw drobiny czasu
jeszcze niesfermentowanego
lipy mówią językiem powolnym
pełnym cieniomiodu
a browar nocą oddycha parą
która pamięta dawne gardła
miasto ulowi się w sobie
komórka po komórce
z cegieł
z dzwonogłosu
z jarmarcznego pyłu
kto tu przyjeżdża
ten zostaje nadpisany
przez narwiopamięć
i już zawsze nosi w krwi
ciche brzęczenie pogranicza
WIKTORIA KAROLINA PIEŃKOWSKA / NAGRODA ZA WIERSZ W KATEGORII MŁODY POETA DYREKTORA MDK-DŚT
gRow low
wielka bulwna twarz się we mnie wgapia
sączy tłuszcz z polików
prawolewych
wiercą w lustrze nawskroś mokłe dziury
już sadzawka napełniona
ckliwym głosem
co w wargi się sucho wtapia i
kruszy tkanki po kolei
one puchną pięknie
krwiście sczerwieniałe
podlewają rżnięte gardło
płynąc szlachtnym ciałem
aż trafiają w ręce
w gębę wryte
TATIANA JUDYCKA / WYRÓŻNIENIE DRUKIEM
Ghosting
Przedawkowałam ciszę i mdli mnie jakbym miała rodzić,
a przecież jest na odwrót, każda minuta jak chirurgiczna igła
wbita w serce, tylko nie patrz proszę jak brzydnę w oczach
od łuszczących się, krwawiących godzin, jestem bardzo stara,
potłukłam szklanki, okna, lustra, wszystko, co mogłoby odbijać
twoją nieobecność zamienioną w strup, to serce, to znowu ono
jak pusty konfesjonał, w którym samo czekanie jest grzechem
ciężkim, a co dopiero miłość, wciśnięta do reklamówki jak kot,
śmiertelny grzech, którego nie odkupię byle jaką rozkoszą,
tanią rozpaczą, ani w inny sposób, więc nie warto o tym myśleć,
ale ja myślę na okrągło, ćwicząc nudny zen, liczę sekundy
i łzy, miękkie przepaście, w które wpadamy gdy inni nie widzą,
wdech, wydech, jakbym wyznaczała datę wczesnej śmierci,
jasnej jak polarne niebo, rączkę dzieciątka trzymam w ustach
jak knebel, kolejny raz liczę struny i alikwoty twojego milczenia,
każda chwila rozciągnięta, choć w innym balecie, salto bez słów
i półsłówek, chore nerwy i mantry w różańcach z trupich główek,
tylko nie pomyśl o mnie źle, to się dzieje samo, jak we śnie,
mogę tylko odbijać na kalce dziecinne sylaby, głuche i nieme
jak subdominanta w triadzie ciszy, wiesz przecież co to jest tacet,
zwodnicze rozwiązanie, kadencja niedoskonała, zawieszenie i dyndanie
na sznurze z pięciolini, dodekafoniczny trans ultradźwięków, bez halucynacji,
mam to wypisane na twarzy jakbym była ikoną zapomnianych mistrzów,
tylko czemu mnie nie widzisz, czemu nie patrzysz jak zmieniam się w popiół,
oduczam się bycia ogniem i skoków na bandżi, paplania o jednej jedynej iluzji,
skoro i tak jesteśmy zawsze przeciągłym wołaniem lub blizną ciszy na końcu
języka, bo właśnie teraz muszę cię zapomnieć, jakbym ściągała z powiek sen,
a nie tatuaż, trzymam na smyczy serce jak gwiazdę polarną, tak się nażarłam,
że już nie pasuję do siebie, ciebie, do nikogo, a kiedy twoja dłoń puszcza pąki,
moja dokańcza płacz i chce cię zranić, rozebrać z sepii, zmusić do rozłąki.